Historie z jogi wzięte – Kasia K.

Moje cztery lata na macie.

Nie, nie potrafię zrobić kwiatu lotosu. Gdy zaczynam mówić  o jodze bardzo szybko pada pytanie, na które udzielam takiej odpowiedzi. Wówczas na twarzy rozmówcy wyraz rodzącego się  zachwytu nad moimi wyobrażonymi umiejętnościami szybko miesza się z niemałą dozą powątpiewania, czy oby na pewno ćwiczę jogę, taką jak na płatkach fitness pięknie prezentują.

Od ponad czterech lat przekonuję swoje bardzo sztywne ciało i chory kręgosłup do współpracy ze mną na macie.  W zasadzie to role już dawno się odwróciły. To kręgosłup wyznacza mi granice i bezwzględnie przestrzega reguł, a „wyskok” ponad miarę jest punktowany bólem mojego kochanego odcinka L4-L5. Dlatego nie wykonuję tych wszystkich pięknych i zapierających dech w piersiach kombinacji.

Wiele lat temu uszkodziłam sobie kręgosłup lędźwiowy na skutek zupełnie nieprzemyślanych ćwiczeń, które sama sobie aplikowałam (rozwaliły mnie przede wszystkim tradycyjne „brzuszki”). Fakt, przez wiele kolejnych lat nic nie robiłam, żeby pomóc swojemu kręgosłupowi. Nawet (o zgrozo !) przez pewien czas grałam regularnie w siatkówkę. Oczywiście później nastąpił kolejny atak dyskopatii, poszłam na rehabilitację i dostałam zestaw „ćwiczeń do domu”. Z czasem okazało się, że kręgosłup boli mnie po tych ćwiczeniach. Stwierdziłam, że pewnie źle je wykonuję i zarzuciłam ich wykonywanie.

Po kolejnym ataku bólowym kręgosłupa znowu ta sama rehabilitacja i ćwiczenia. No i wtedy zrozumiałam, że muszę poszukać innej drogi. Wówczas usłyszałam o jodze dla kręgosłupa, poszukałam w Internecie i natrafiłam na ówczesną Pracownię Dobrego Zdrowia.  Pracownię wybrałam z uwagi na możliwość konsultacji medycznej z fizjoterapeutą przed rozpoczęciem praktyki. Inne szkoły jogi nie oferowały takiej możliwości, a ja miałam duże obawy dotyczące wyzwań, z którymi mogę pozwolić zmierzyć się mojemu kręgosłupowi. I tak z tymi swoimi obawami poszłam na Racławicką 28. Na wstępie szeroki i ciepły uśmiech Agnieszki w recepcji.  Później Bartek i jego profesjonalizm (bynajmniej niechłodny). Bartek po obejrzeniu mojego rezonansu przystępnie i przyjaźnie wytłumaczył mi, że mogę normalnie funkcjonować, ale muszę ćwiczyć na zajęciach jogi dla kręgosłupa, przynajmniej 3 razy w tygodniu. Wprawdzie obaw nie porzuciłam w drodze powrotnej (z natury ciężko się z nimi rozstaję ), ale pojawiła się też nadzieja.  I tak zaczęłam swoje życie z jogą, które trwa do dnia dzisiejszego.

Początki oczywiście były bardzo trudne. Otrzymywane instrukcje dotyczące techniki wykonania danej asany wydawały się mieszanką niezrozumiałych poleceń ruchowych, które nijak nie łączyły się w logiczną całość. Szybko poznałam swoich wrogów- delfin, kąt i parsvottanasa.  A spośród tej trójki najbardziej znienawidzony był delfin. Moja klatka piersiowa bardzo długo nie chciała nawet drgnąć. Po czterech latach udało się, klatka poszła w dół, delfin został oswojony. To była dla mnie ważne doświadczenie. Przestałam wyznaczać sobie granice czasowe, przed którymi muszę coś osiągnąć.

Czego mnie jeszcze uczą joga wespół z moim chorym kręgosłupem? Poskramiania siebie, mówiąc krótko.  Zaczynając praktykę, jak większość miałam duże parcie na postęp mierzony szybkością pozbywania się najróżniejszych pomocy (klocki, paski) i wchodzenia głębiej w  asanę. Już dwa razy kręgosłup sprowadził mnie na ziemię.  Kiedy zwierzę dyskopatii lędźwiowej atakuje, trzeba po prostu grzecznie przypomnieć sobie jak to było na pierwszych zajęciach lub też wykonywać swój indywidualny zestaw ćwiczeń, a już na pewno  zapomnieć o zdobywaniu ósmego szczebelka na drabince.  Trudna to lekcja do odrobienia, czasami się buntuję, ale coraz częściej idę na układ z moim kręgosłupem, ja nie szaleję na macie, to i on jest spokojny.

Moim marzeniem jest stanąć samodzielnie na rękach. Wiem, że kiedyś mi się to uda.

Kasia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *