Historia ośrodka Yoga Medica (rozmowa z Bartkiem Niedaszkowskim)

Bartosz Niedaszkowski

Bartosz Niedaszkowski

W Marcu tego roku mija 10 lat, od kiedy zostały przeprowadzone pierwsze zajęcia w ośrodku Yoga Medica (wtedy jeszcze Pracownia Dobrego Zdrowia). Z tej okazji poprosiliśmy Weronikę Skarżyńską, redaktorkę prowadzącą Wydawnictwa Difin i uczestniczkę naszych zajęć, o przeprowadzenie wywiadu z Bartkiem Niedaszkowskim, twórcą naszego ośrodka. Bartek opowiada o 10-letniej historii ośrodka. Miłej lektury! :)


 

Weronika Skarżyńska: Yoga Medica to wyjątkowe miejsce, w którym codziennie spora grupa osób znajduje pomoc, poradę i wsparcie. Dla nich spotkanie z Wami to obowiązkowy punkt programu. Skąd wziął się pomysł na to nietypowe połączenie – ośrodek rehabilitacji, stosujący metody jogi?

Bartek Niedaszkowski: Wszystko zaczęło się jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Prowadziłem wówczas standardowe zajęcia hatha jogi u boku mojego nauczyciela Sławomira Bubicza, a wokół mnie stopniowo zaczęli się gromadzić uczestnicy, potrzebujący bardziej pomocy zdrowotnej niż czystej nauki jogi. Pomagałem tym osobom najlepiej, jak potrafiłem, lecz brakowało mi niezbędnych pomocy. Sala do ćwiczeń jogi nie jest z natury przystosowana do terapii. Dostrzegałem również coraz wyraźniej, że hatha joga, wykonywana w klasyczny sposób, czyli tak jak byłem uczony i jak sam początkowo uczyłem, nie każdemu przynosiła dobroczynny efekt. Tymczasem wiedziałem już, że ja chcę pomagać ludziom. Miałem do tego solidne przygotowanie. Były to dwa główne powody, dla których zdecydowałem się odejść ze szkoły mojego nauczyciela i rozpocząłem własną ścieżkę, której naczelną misją było zastosowanie jogi do terapii.

WS: Łatwo pomyśleć, trudniej zrobić.

Racławicka 28 - adres Pracowni

Racławicka 28 – obecny adres Pracowni

BN: Tak, początki były trudne. Wynajmowałem różne lokale w Warszawie. Jedne lepsze, inne gorsze, ale wszystkim brakowało odpowiedniej atmosfery, sprzyjającej tak specyficznej terapii, jaką jest leczenie jogą. Sale gimnastyczne były często brudne, zimne i nieprzyjemne. Natomiast zajęcia, które prowadziłem w tym czasie w fitness clubach obarczone były nadmiernym pośpiechem, bo za chwilę zaczynał się np. step, a także hałasem, bo za ścianą non stop puszczano głośną muzykę. Poza tym wciąż borykałem się z brakiem odpowiednich przyborów. To wszystko powodowało, że nie mogłem realizować swojego programu. Dotarło do mnie, że bez własnego ośrodka nie uda mi się zrealizować mojej ambitnej wizji.

WS: Na szczęście wybór nieruchomości w Warszawie jest ogromny.

BN: Wbrew pozorom było to wyjątkowo ciężkie zadanie. Ruszyłem na poszukiwanie lokalu do wynajęcia, który mógłbym zaadaptować na potrzeby profesjonalnego ośrodka terapii jogą. Miałem duże wymagania wobec takiego miejsca. Musiało być położone w spokojnym i cichym miejscu, mieć odpowiednio wysoką i przestronną salę, dobry dojazd i wygodną lokalizację. Wybór naturalnie padł na Mokotów, z którego pochodzę i na którym się wychowałem, chociaż oglądałem również nieruchomości w innych dzielnicach. Ostatecznie najlepszy okazał się pierwszy lokal, który zobaczyłem – pracujemy tam do dzisiaj.

WS: Mogłeś wreszcie ruszyć pełną parą.

BN: Pomalutku. Szczerze mówiąc, gdybym wiedział, jak wiele czeka mnie przeszkód, stresu i nieprzespanych nocy, prawdopodobnie nie podjąłbym się tego przedsięwzięcia.

WS: Nie żartuj, co by wtedy było z nami?

BN: Na szczęście nie wiedziałem… Lokal wynająłem od miasta, ponieważ miałem bardzo ograniczone środki. Po trudnych negocjacjach z Zarządem Budynków Komunalnych (dzisiejszy ZGN) podpisałem umowę i przystąpiłem do remontu. Nieruchomość była w opłakanym stanie, ale ponieważ idealnie spełniała moje kryteria, wierzyłem, że jakoś dam radę. Nie chcę teraz tego roztrząsać, bo to nie czas i miejsce, ale banki, urzędy i ekipy budowlane zafundowały mi naprawdę ostre zderzenie z rzeczywistością. Na szczęście ostatecznie udało się zakończyć prace i pierwsze zajęcia ruszyły w marcu 2005 roku.

[columns] [span6]

Schody i szatnia Pań

Schody i szatnia Pań – kiedyś i dziś ;)

[/span6][span6]

Wejście na salę do ćwiczeń

Wejście na salę do ćwiczeń – kiedyś i dziś ;)

[/span6][/columns]

WS: Od czego zacząłeś?

BN: Od początku Pracownia Dobrego Zdrowia, bo tak brzmiała pierwsza nazwa mojego ośrodka, miała być nastawiona na terapię. W nazwie nie umieściłem słowa „joga”, ponieważ chciałem, żeby to miejsce miało charakter integracyjny, interdyscyplinarny. Było absolutnie pionierskie. Terapię jogą uzupełniała terapia manualna, masaż, dodatkowe specjalistyczne zajęcia, takie jak metoda Feldenkraisa (w tym czasie współpracowałem ze znanym propagatorem tej formy pracy z ciałem – Jackiem Paszkowskim) czy trening widzenia prowadzony autorską metodą przez Mikołaja Markiewicza. Nawiązałem też kontakt z lekarzami, którzy znając mój program, przysyłali mi pacjentów, a ja z kolei im, wierząc w ich integracyjne podejście. Równolegle organizowaliśmy weekendowe warsztaty. Gościło u nas wielu ciekawych ludzi: Daniel van Howten, dr Partap Chauhan, Swami Atmaramanda – żeby wymienić tylko kilku.

WS: Brzmi fantastycznie. Spełniłeś swoje marzenie i odniosłeś sukces!

BN: W teorii wszystko wyglądało świetnie, w praktyce jednak niewiele osób w tamtym czasie rozumiało moją wizję. Mimo ogromnych starań nie mogłem trafić do ówczesnych uczestników zajęć, którzy byli przyzwyczajeni do innego podejścia do praktykowania jogi. Wszyscy chcieli ćwiczyć dokładnie to, co reszta grupy. Tylko gdy ktoś już naprawdę nie był w stanie wykonać jakiejś asany, nauczyciel znajdował dla niej zastępstwo. Rodziło to sytuacje, w których osoby z różnymi ograniczeniami chciały za wszelką cenę robić wszystko, w dodatku w takim zakresie jak najbardziej gibkie osoby. Nie godziłem się na to, ponieważ na pierwszym miejscu stało dla mnie zdrowie ćwiczących, a wiedziałem, że takie nastawienie prowadzi prosto do kontuzji. W efekcie uczestnicy zajęć często opuszczali salę ośrodka, kiedy kazałem im wykonywać ćwiczenia w sposób indywidualny.

WS: Co wtedy zrobiłeś?

Książka Bartosza

Książka Bartosza

BN: W tym czasie bardzo pomógł mi dr Partap Chauhan i dr n. med. Maciej Wszelaki – moi prawdziwi mentorzy. Obydwaj zachęcali mnie, żebym się nie poddawał i nie załamywał, bo to, co robię, jest pionierskie i wkrótce okaże się potrzebne. Dr Partap dzwonił do mnie nawet z Indii, pytając, jak leci i zawsze mając dla mnie dobre słowo. Dr Wszelaki służył z kolei nieustannie cennymi radami z zakresu medycyny. W tym czasie napisałem moją książkę „Joga i ajurweda – przewodnik dla współczesnego człowieka”. Książkę tę napisałem z wdzięczności dla jogi i ajurwedy za to, co mi dały w życiu osobistym. Do jej napisania zachęcił mnie dr Partap i pomógł w części dotyczącej ajurwedy.

WS: Jak więc wytłumaczysz to, że teraz sale są pełne. Wypracowałeś jakąś nową metodę?

BN: Po publikacji książki znalazłem więcej czasu dla ośrodka i zacząłem kierować go coraz bardziej w stronę „świeckiej” fizjoterapii, zachowując tylko te elementy jogi, które uważałem za niezbędne. Wtedy też mój pomysł wykrystalizował się w pełni. Wraz ze współpracownikami opracowaliśmy nową formułę zajęć, skróciliśmy niektóre sesje do godziny, przygotowaliśmy programy usprawniania poświęcone konkretnym problemom i położyliśmy nacisk na indywidualizację zajęć. Zdecydowałem także, że zajęcia w pracowni prowadzić będą tylko wyszkoleni przeze mnie fizjoterapeuci. I tak narodziła się Yoga Medica.

WS: Zaskoczyło?

BN: Pracownia zyskała nowe życie. Sytuacja ośrodka zaczęła się rozwijać w dobrym kierunku. Sala zapełniała się powoli, pojawili się nowi ludzie, którzy nie mieli wcześniej styczności z jogą lub joga, którą ćwiczyli dotychczas, przestała im odpowiadać. Trafiali do nas głównie z polecenia znajomych oraz… placówek medycznych. Większość z nich borykała się z problemami z kręgosłupem i bolącymi stawami, a my byliśmy bardzo dobrze przygotowani do niesienia im pomocy. Mieliśmy niezbędne akcesoria oraz wykwalifikowaną kadrę fizjoterapeutów. Za nimi przychodzili następni.

WS: Czyli to, co widzę, przychodząc na zajęcia od wakacji, to piękny finał długiej historii…

BN: W marcu tego roku (2015) mija dopiero 10 lat od założenia Pracowni Dobrego Zdrowia, ale na karku czuję co najmniej dwa razy tyle. Było bardzo ciężko, ale teraz czuję też, że warto. Ośrodek działa świetnie, pomagamy fachowo tysiącom ludzi, wciąż się rozwijamy, a ja mogę wreszcie powiedzieć, że mam wspaniały Zespół oddanych i mądrych ludzi i wiem, że z nimi następne dziesięć lat będzie jeszcze bardziej fascynującą podróżą. Chciałem na końcu podziękować wszystkim dobrym ludziom, dzięki którym Yoga Medica przetrwała trudne chwile, rozwijała się przez te lata i dzisiaj jest tu, gdzie jest. Dziękuję!

WS: I my dziękujemy.

 

One comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *